Gardenia 2016 z lifestylem w tle:)

Gardenia 2016  to były trzy bardzo intensywne dni.

Intensywność ta trwała od rana o późnych godzin nocnych – żeby nie powiedzieć, że dla niektórych wczesnych porannych – ale to już temat na inną historię:) Kalendarz był zapchany po brzegi, niby wszystko wyliczone, a i tak nie dałam rady być na wszystkich spotkaniach, wykładach, prelekcjach czy konkursach, których na Gardenii przecież cała masa, że o zwiedzaniu nie wspominam.

Dla mnie jak co roku Gardenia to wielkie święto i właściwie rozpoczęcie sezonu – czekam na te targi z niecierpliwością i podekscytowaniem, radością i swoistym „głodem” po zimie. A od kiedy Gardenia jest również okazją do towarzysko-blogerskich spotkań, to już feta na 1000 fajerków:)
W tym roku po przejrzeniu zdjęć i ogarnięciu zabranych wspomnień, ulotek, gadżetów i wizytówek długo zastanawiałam się, jaka powinna być ta relacja i jak ją podzielić, żeby była strawna, ciekawa i nie za długa. I w końcu wymyśliłam, że będzie nieco inna niż wszystkie, bo podzielona na trzy części: lifestylową relację czysto gardeniową, tą związaną ze Spotkaniem Blogerów Ogrodniczych  i ostatnią, którą poświęcę swojej prezentacji pt. „Prawo dla Zielonych”. Oczywiście konkurs na relację z 3SBO bardzo pomógł mi w takim, a nie innym podziale:)
Żeby wyjaśnić styl tego i innych dotychczas popełnionych  wpisów z Pracowni i nacisku na tytułowy „lajfstajl” od razu zaznaczam o co biega:  dowiedziałam się na Gardenii, że mój blog flirtuje z lifestylem, czyli że w przypadku Pracowni w Dolinie mocno przeplatane jest  przekazywanie treści profesjonalnych ze zwykłym życiem i anegdotkami, żarcikami i obyczajową otoczką.  Wobec podziałów jakie panują w blogosferze ciężko byłoby mi nawet zakwalifikować mój blog do konkursu na Blog Roku, bo organizatorzy nie wymyślili jeszcze tak pokręconej jak moja kategorii:) Ja jednak bardzo lubię ten mój „lajfstajl” i NIE ZAMIERZAM tego flirtu przerywać:) Mój małżonek szanowny owszem zazdrości trochę przejawia, ale raczej focha się o samo blogowanie niźli o formę pisania:) Tak więc moi kochani – relacja z tygodnia gardeniowego:

środa, Gardenia dzień zerowy

nieformalne spotkanie z Wojtkiem i Tomkiem – omawiane sprawy wagi państwowej, stowarzyszeniowej, strategię SBO i nie tylko, wymiana doświadczeń i… porównywanie lajków:) A co, social media rządzą światem. Grunt że było merytorycznie i wesoło, były i aksamitki i przebiśniegi, jedne i drugie się podobały. Pytanie tylko, czy ktoś z lajkujących pamięta taki obrazek dłużej niż 60 sekund – ja szybko zapominam kto co i kiedy wstawił, bo jest tego ZA DUŻO i za szybko to się zmienia. Urządzenia miziane jak je nazywa Tomek rzeczywiście wypierają komputery. Dzień zaczyna się od włączenia telefonu, z reguły po omacku, bo oczka zaspane, sprawdzenia komentarzy na facebooku, policzenia tych nieszczęsnych lajków, followersów, sprawdzenia bloga… dopiero później idziemy do łazienki. Takie opowieści krążą i po sieci i w realu, a to już zakrawa na obsesję:) Ja osobiście najpierw idę po omacku do łazienki, a telefon sprawdzam dopiero przy kawie. Ciut zdrowiej:)

czwartek, Gardenia dzień pierwszy

Oczywiście korki. Z mojej wioski przy rozkopanej głównej drodze dojazdowej oznaczało to ślimacze tempo i kluczenie po uliczkach żeby dojechać jakoś na skróty. Dojechałam i zatęskniwszy za studiowaniem i siedzeniem murem w ławce przez 12 godzin  pobiegłam na X Seminarium Miejska Sztuka Ogrodowa organizowane pod patronatem Zieleni Miejskiej. Spotkałam kilku wykładowców z mojej Uczelni w tym prowadzącego całe spotkanie dr hab Piotra Urbańskiego, swojego czasu Dziekana naszego wydziału i spędziłam kilka fantastycznych godzin pełnych pasjonujących i ciekawych wykładów.
Prelekcji w sumie było 14 nie licząc wstępu i zakończenia, więc było czego słuchać. Wykładano głównie o inicjatywach ekologicznych – ogrodach społecznych, budżetach obywatelskich zorientowanych na zieleń, zieleni wertykalnej, placach zabaw, miejskich ogródkach działkowych, łąkach w miastach, hortiterapii czy edukacji przestrzennej i ogrodniczej.  W międzyczasie pobiegłam na szybki posiłek i pokaz florystyczny, który spinał temat muzyczny – nuty, skrzypce i Wieniawski. Załapałam się też na ocenianie bukietów i instalacji, fachowe jury zwracało uwagę na najmniejsze detale i wytykało bezlitośnie błędy kompozycyjne i estetyczne („nie widzę zasadności użycia w tej kompozycji mikrofonu, zresztą gąbką widać i TU kawałek plastiku wychodzi – proszę zapisać…” SUROWO było:))
 

Powrót na Seminarium przeciągnął się, bo po drodze było kilka spotkań ze znajomymi i krótka wymiana zdań, refleksji – działo się:) Ostatnie wykłady poświęciłam dla plotkowania z Megi, i fajnie, bo okazało się, że widziałyśmy się już później tylko na kolacji w Kulce. Nie wiedzieć jak dzień pierwszy się skończył, a ja obładowana gazetami Zieleni Miejskiej pojechałam zająć się sprawami ducha mojego Syna, który w ostatniej chwili zmienił sobie imię na bierzmowanie… no cóż – jego wola:)
Podsumowując ten dzień – czułam się jak na zajęciach na studiach zaocznych – kilkanaście godzin przekazywania treści, jedne „wykłady” prowadzone wartko i ciekawie, inne monotonnie i nudnawo, choć wszystkie wnosiły wiele do aranżacji współczesnej przestrzeni miejskiej. Widać było wyraźnie kierunek w stronę „Powrotu do natury”, a najbardziej chyba spodobało mi się hasło ONE GREEN HOURcodziennie jedną godzinę powinniśmy spędzać na zewnątrz, na łonie natury – czy to uprawiając sport, spacerując czy odpoczywając na ławce w parku. 
Natura ma na nasze samopoczucie, zwłaszcza psychiczne zbawienny wpływ i pozbawiając siebie tego kontaktu z przyrodą – sami wyrządzamy sobie krzywdę. Dotyczy to zwłaszcza dzieci, chowanych pod kloszem – i nie mówię tutaj o komputerach i tabletach, bo to dotyczy starszych dzieciaków, ale o maluchach, które często przez całe dzieciństwo ANI RAZU nie siedziały na gołej ziemi, nie przeszły się boso po asfalcie, nie leżały na trawie, nie poczuły kropli deszczu na buzi, nie miały w ręku błotka, nie poczuły na policzkach miękkiej sierści kota, nie biegły nigdy z górki na pazurki, nie skakały po kałużach ani nie brodziły w jesiennych liściach, nie zjadły jabłka prosto z drzewa wytartego tylko o spodnie czy sweterek… bo bakterie, zarazki, brud, bo się spocisz, przeziębisz, bo nie wypada, bo zbijesz kolano, łokieć albo padniesz ofiarą czyhającego za każdym rogiem mniej lub bardziej wydumanego niebezpieczeństwa. Ja mogę podziękować moim dorosłym opiekunom, że pozwolili mi na normalne smakowanie dzieciństwa ze wszystkimi zbitymi kolanami, zdartymi łokciami, fikołkami na trzepaku, i oranżadą w proszku podjadaną przez pół podwórka z jednej torebki:) Paluchem.

piątek, Gardenia dzień drugi

Jeden samochód to stanowczo za mało na dwóch zapracowanych ludzi. Czekając na powrót małżonka który wyjechał „na chwilę” a wrócił „po dwóch godzinach” spóźniłam się na rozpoczęcie Spotkania Blogerów Ogrodniczych i pierwsze wykłady.
Sala pękała w szwach, co mnie trochę onieśmieliło, bo następnego dnia ja miałam „wykładać” – a tu wiadomo: z jednej strony człowiek się cieszy jak słuchaczy jest sporo, z drugiej trema większa:)
Po zakończeniu wykładów ruszyliśmy zwiedzać Targi. Umówiłam się na spokojną kolację z Dziewczynami Bloginiami na 16.50 pod głównym wejściem i poszłam w tango ogrodowe. Tu i ówdzie spotykałam znajomych, zagłosowałam na najlepszy moim zdaniem ogród pokazowy, obejrzałam sobie dokładnie stoisko z grzewczymi lampami ogrodowymi i kominkami, obejrzałam kolorowe zabawki dla dużych chłopców, ogrody dla dzieci, place zabaw, kąciki wypoczynkowe i nieśmiertelny design cukierkowy w kolorach rozbielonych, różowawych, błękitnawych i tych naturalnie drewnianych podpalanych niekoniecznie ogrodowych, przy czym nie udało mi się namówić nikogo na sprzedaż choćby filiżanki w niezapominajki ani w różyczki (skądinąd przecudnej!), więc postanowiłam wynieść się z pawilonów designerskich i udać się do tych bardziej zielonych.
 
Duże Centrum Dowodzenia
Ekipy które szukały na Targach plastikowych sensacji nie zawiodły się, ale czepianie się plastikowych koralików trzeba było sobie darować i rozglądać się nieco dokładniej:) Kiedy stanęłam przed maleńkim stoiskiem Ginko art (nie jest to wpis sponsorowany, nie, nie, nie), to mnie zamurowało. Z zachwytu:) Wiecie, że lubię robić zdjęcia przyrodzie z bliska i zachwycam się przy tym doskonałością kształtów i faktur. Teraz miałam okazję oglądać takie cuda zaklęte w miedź i srebro…
Biżuteria pomysłowa, bardzo bardzo dla blogerki ogrodniczej czy miłośniczki przyrody w ogóle. Panowie niektórzy of cours bardziej interesowali się samobieżnymi kosiarkami czy piętnowali do bólu plastikowe krasnale, a trzeba szukać pozytywów – o negatywach wszyscy już wiedzą. Od lat. Do „zerzygu” że tak powiem.
Kontrolnie rzuciłam okiem na zegarek i z przerażeniem lekkim stwierdziłam, że czas mi się skończył… Na kolacji w Kulce siedziałyśmy z Gają z Ogród i ja, Magdą z Barwy Ogrodu której towarzyszył mąż, Anią z Brzezina Moja, Agnieszką z Wolniej tu i teraz, Honoratką z Niezapominatki, Gosią z Drugiej Strony Ogrodu i Marianem z Ledum i koleżanką Anią, Arturem „nas czytającym” i naszą wielką niespodzianką – Kretowatą z Wiejskoczarodziejsko, najbardziej zakonspirowaną blogerką jaką znam:) Po naszej spokojnej kolacji nadszedł czas na afterparty blogowe, czyli mniej oficjalne spotkanie blogerów ogrodniczych – było głośno, wesoło, królował chmiel pod postacią płynną i biała herbata, anegdotki, kolejne zdekonspirowane blogerki ogrodnicze (vide Elficki Zakątek), wzajemne prezentacje swojej pracy i wszelkich zakulisowych działań, pogaduszki, przetasowania w konfiguracji stolików… wyszłam stamtąd lekko skołowana, bo odwykłam już od tak głośnych i luzackich imprez:) Koło północki dotarłam do domowych pieleszy i utonęłam w pachnącej pościeli mając w głowie szum wieczoru i nadmiar wrażeń…

sobota, Gardenia dzień trzeci

zaspani siedliśmy do śniadania, głowa mi pękała, dopiero druga kawa postawiła mnie na nogi. Ciężko było też namówić męża na towarzystwo, bo miał naprawdę przegwizdany, ciężki tydzień i bardzo chciał odpocząć. W końcu wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy – parking hektary od Gardenii, trzeba było iść na piechotę. Zdążyłam na wykład Tomka Ciesielskiego, zaś po nim zaraz miałam swoje wejście. Wykładom poświęcę osobny wpis, bo naprawdę było warto wysłuchać ciekawych opowieści i zakulisowych działań zarówno w kwestii SEO, słów kluczowych, pisania bloga obrazami czy dobrymi zdjęciami, tworzenia z naszych małych przestrzeni sieciowych miejsc tajemniczych, ciekawych, przekazujących wiedzę i nasze podejście do ogrodów. Po wykładach rozstrzygnięto konkurs „Złoty przepis na ogród” i Leonarda Dąbrowska wygrała masę nawozów ufundowanych przez sponsora głównego naszego Spotkania – firmę Agrecol.
A my… no cóż – trzeba było rozdać nasze blogerskie nagrody – trzy kryształy dla najlepiej zaaranżowanych stoisk na Gardenii.
 
Złoto zdobyła szkółka Wybickich, srebro Polskie Korzenie, zaś brąz otrzymała szkółka Byczkowskich. I to właściwie był koniec wspólnego spotkania, pożegnałam się z ekipą blogerów i ruszyłam wreszcie na stoiska zielone. Tłumy zwiedzających, kolejki za darmowymi roślinami, wypakowane po brzegi reklamówki z gadżetami… to był dzień dla publiczności.
Zioła, ziółka, ziołeczka… pachnące, miękkie, zielone… wszyscy chłonęli te letnie właściwie zapachy, faktury i miękkości wszystkimi zmysłami. Kolejka adekwatna do zakupionych doniczek z pachnącą zawartością:)
Co rzuciło mi się w oczy, to kolory jakich wcześniej na Gardenii nie widziałam, pędzone magnolie, forsycje i migdałki, a nawet lilaki już przerabialiśmy, ciemierniki, stokrotki, bratki, prymulki i wiosenne cebulowe to normalka, wszelkie różyczki spotykane przez cały rok w kwiaciarniach troszkę mnie zaskoczyły, w tym roku jednak zadziwiły mnie lilie! Pachniały obłędnie, były kolorowe i soczyste – prawdziwa niespodzianka. Na przyszły rok bracia Podyma z fundacji „Łąka” zapowiedzieli stoisko z kwitnącą łąką… jeżeli im się uda, to będzie prawdziwy hit! Zobaczyć w lutym kwitnące maczki, chabry, ostróżeczki… bajka, miód na duszę ogrodnika!
Nie byłaby sobą jakbym nie odwiedziła kiermaszu – zaopatrzyłam się w cebule lilii orientalnych i cebulki warzywne: czerwoną, czosnkową, dymkę, czosnek niedźwiedzi, czosnek zimowy i letni – nasz polski oczywiście. Dobrze wiedziałam co robię, bo już wieczorem nie czułam się najlepiej, zaś w niedzielę choroba rozhulała się na dobre… i trzyma skubana do dnia dzisiejszego.

Teraz będę podsumowywać, żeby nie było że taka ugodowa zawsze jestem i nic mnie nie razi:)

1. KOMUNIKACJA
Jak jeszcze raz na Gardenii chwycę za klamkę która okaże się być zamknięta, dojdę do drzwi nad którymi wisi napis „WYJŚCIE”, a one będą zaplombowane, wskrobię się resztami sił o 16.50 na antresolę i pójdę w stronę którą wskazują mi strzałki (DO PAWILONU 4), a tam na drzwiach łańcuch i napis „przejścia nie ma”, to zaklnę tak siarczyście, że echo poniesie się po wszystkich gardeniowych pawilonach… i chyba obsmaruję Gardenię na początku wpisu 2017, nie na samym końcu:)
2. WYSTRÓJ STOISK
Drugim minusem jaki mnie poraził, to wyjątkowo obfite w tym roku wykorzystanie mchów na stoiskach. Ja wiem, że mech teoretycznie można kupić (sprowadzić nawet) i wyłożyć sobie nim cała ścianę… mech przyklejony, pofarbowany, wysuszony i być może czymś zakonserwowany cuchnął tak strasznie, że aż nos wykręcało… nie dociekałam skąd ten mech, bo na stoisku Agrecolu było raczej widać, że mech nie jest świeżynką zgarniętą z lasu.
ALE już jeden z pokazowych ogrodów miał mech który jeszcze dwa-trzy dni temu otulał sosnowe pnie w jakimś lesie. Podobno prywatnym. Nie dokopałam się jeszcze do jednoznacznego stwierdzenia, czy z lasu prywatnego można pozyskiwać mech bez żadnego nadzoru – w lasach państwowych można, za pozwoleniem leśniczego i za opłatą pod warunkiem, że nie pozyskujemy gatunków chronionych.
3. ZDJĘCIA
Cześć stoisk miała zakaz fotografowania. Były to stoiska z pierdółkami ogrodowymi i domowymi, stroikami wielkanocnymi i bożonarodzeniowymi. Faktycznie, konfiguracja bombek na choince, kolejność przyklejania plasterków pomarańczy i orzeszków na stroiku adwentowym czy pochylenie bazi względem jajek i zajęcy w stroikach wielkanocnych wymaga specjalnej ochrony i zakazu pstrykania fotek… czy to świat zwariował, czy ja mam tak liberalne podejście do tychże spraw? Skoro nie można robić zdjęć, to po co są foldery reklamowe, gazetki czy zdjęcia na stronach internetowych? Po co w ogóle się wystawiać??? Proponuję opatentować każdy stroik i będzie wystarczająco chroniony… a jeżeli ktoś bierze udział W TARGACH, ma swoje stoisko i przyjechał się REKLAMOWAĆ to taki zakaz uważam co najmniej za śmieszny. Pani z Ginko art nie tylko pozwoliła robić zdjęcia, ale też dokładnie opisała jak biżuteria powstaje. Wieści o wisiorkach z klonowych nosków, listków dębowych i miłorzębowych rozniosły się za pośrednictwem facebooka lotem błyskawicy i wiem, że dokonano nawet zakupu:) O stoiskach z zakazem focenia nie wspomnę ani słowa. Bo i po co.
I to już koniec lifestylowego wpisu, tydzień po Gardenii. Mąż po mojej chorobie zapowiedział zakaz zgromadzeń publicznych, bo podatna jestem podobno na zarazę:) W kontrze zaproponowałam częstsze bywanie, żeby odporności nabyć. Pobiegać boso po asfalcie, pojechać na Woodstock, zaliczyć ze trzy koncerty w roku, zatańczyć w deszczowym ogrodzie…
P.S. Jakże chciało mi się dziś pobuszować w ogrodzie… posadziłam jednak tylko lilie zakupione na Gardenii (w doniczkach posadziłam) i po kilku przysiadach siły mię opadły zupełnie… od tygodnia leżę plackiem i targają mną takie kaszle, że ledwo zipię. Mam do zrobienia dwa ogrody prywatne i dokumentację do oddania (na juro właściwie…), a z ledwością popełniłam ten wpis. Wiosny mi się chce, słońca, radości, powietrza świeżego. Czy zbyt wiele wymagam od marcowych dni???
Krokusy zakwitły. Ale pada, wieje, zimnisko, więc zdjęć nie zrobiłam.
Idę na herbatkę z miodem i cytrynką. Uściski ogrodnicze przesyłam:)