TERENOWY NIEZBĘDZNIK architekta krajobrazu

 

00 ZIELEŃ – ZGŁOŚ SIĘ!
czyli o tym co w plecaku architekta krajobrazu znaleźć się powinno, a co wcale nie jest takie oczywiste:)

Kiedyś na studiach, podczas zapowiedzi zajęć terenowych usłyszałam od wykładowcy, że ci z nas , którzy widzą się w biurze projektowym w eleganckich strojach, butach na wysoki połysk, szpilkach, tipsach czy dopasowanym kostiumie mogą od razu zmieniać kierunek studiów. Bo architekt krajobrazu 70% swojego czasu spędza w terenie, a pozostałe 30% przy biurku i to raczej w wygodnym stroju, bo siedzi przy nim dłuuugo:)

Uśmiechaliśmy się wówczas pod nosem, bo pracownie które oglądaliśmy okazjonalnie nie wyglądały tylko na bazę wypadową w teren, a na normalne miejsce pracy całkiem eleganckich panienek i kawalerów:) Życie zweryfikowało nam te poglądy i to dość szybko.
To co – WCHODZIMY?
PŁYNIEMY?

 

BRODZIMY?
Kiedy zaczynałam swoje inwentaryzacje (a takowe musi robić każdy architekt czy projektant, nie tylko ten od krajobrazu) pełna animuszu wrzuciłam na siebie „cokolwiek”, zapakowałam do plecaka terenowy niezbędnik, jabłko, kanapki, butelkę wody i zakreśliłam sobie ambitnie cele czasowe i ilościowe na wykonanie prac terenowych. Zrobiłam niespełna połowę i to klnąc czasami w duchu siarczyście…do kolejnych przygotowałam się już lepiej, z każdym wyjazdem sprawniej idzie mi i pakowanie i praca.
A pakowanie i praca w terenie w moim przypadku wygląda tak:
1. Bez względu na porę roku zakładam długie spodnie i długi rękaw, choćby koszulę czy polar, a najlepiej lekką, nieprzemakalną kurteczkę. W wysokiej trawie masa kleszczy i innych insektów, w lesie komary i wszechobecne latem muchy które uwielbiają siadywać na odsłoniętych ramionach; ostre źdźbła i suche gałązki nauczyły mnie respektu i pokory:) Koszulę zdejmuję tylko na wolnych przestrzeniach.
2.Na nogach koniecznie wysokie buty lub kalosze, żadnych sandałków czy balerinek:)  Zaczynając pracę wcześnie rano, do butów zakładam też ochraniacze ortalionowe – takie ochraniacze jakie zakłada się na narty do biegówek. W bardzo mokre dni na skarpety nakładam jeszcze…worki foliowe. Ten patent mam z harcerstwa – sucha stopa to podstawa.
W krainie OLSZY… cudnie, mokro i … ciemno:)
3. Do lasu zabieram nakrycie głowy – i nie chodzi tylko o słońce (nie muszą chronić głowy przed słońcem, jestem na nie wyjątkowo odporna:)), ale  o drzewa i krzewy – gałęzie wplątujące się we włosy, pajęczyny, kleszcze i komary tnące w ciemię to dla mnie niezbyt przyjemne doznania. Kto ma problemy z nasłonecznieniem – nakrywa głowę również poza lasem.
4. Podczas inwentarki w okresie bezlistnym staram się… jak najmniej pić. Największym problemem zwłaszcza kiedy teren rozległy i bez dostępu do cywilizacyjnych zdobyczy jest … toaleta. Może wydawać Wam się to śmieszne, zwłaszcza facetom, ale dla nas, kobiet to naprawdę problem:) Kiedy liście są na drzewach, toaleta jest za każdym krzaczkiem, najwyżej komary potną:) Ale zimą… zgroza. A zdarzały się wyjazdy całodniowe, wówczas było krótkie info, że zbieramy się za trzy godziny i JEDZIEMY na najbliższą stację ogrzać się i skorzystać z toalety. Trzeba było wytrzymać, więc nie było opijania się, bo później był problem.

 

Królestwo za krzaczek… no i te odblaskowe kamizelki…:)
5. Kiedy świeci słońce – czy latem czy zimą –  zabieram ze sobą krem z filtrem – o tym wiele osób zapomina i wracając po całym dniu liczenia wyglądają jak raki – twarz, dekolt, ramiona – na Indianina:)
6. Pamiętam o złośliwościach rzeczy martwych… – zabieram więcej kartek, dwa długopisy, dwie taśmy do mierzenia, ładowarkę samochodową… – długopisy lubią się gubić, kartki kończyć lub moczyć, taśma może się po prostu przerwać, a telefon rozładować. W zależności od tego w jakim terenie i z jaką materią pracujemy w naszej torbie powinien znaleźć się jeszcze GPS, dalmierz, mapy oczywiście robocze (do bazgrolenia na nich kółek czy chmurek drzewkowych), poręczny aparat fotograficzny. kamizelki odblaskowe oraz… specjalna farba w sprayu do znaczenia drzew.
7. … i o tym, że w terenie różnie bywa – wcześniej określam trasę, sprawdzam na mapie dokąd jadę i jak tam dojadę, dzielę teren na kwatery i określam ile minimalnie i maksymalnie uda nam się zliczyć, robię dokumentację fotograficzną, opisuję dane drzewo – czy jest pochyłe, czy złamane, czy ogłowione – wówczas i mi i moim następcom łatwiej będzie odnaleźć to samo drzewo czy miejsce.
8. … i że mogę wszystkiego nie wiedzieć – dlatego mam torebkę lub foliowa kopertę, do której zbieram gałązki bądź liście drzew czy krzewów, których gatunku czy odmiany nie jestem pewna. Egzemplarz oznaczam (karteczką z numerem inwentaryzacyjnym), robię dokładniejsze zdjęcia, opisuję cechy charakterystyczne i w domu oznaczam dokładnie to, co zinwentaryzowałam. Jeżeli inwentaryzacja nie musi być dokładna co do odmiany to pół biedy, choć czasami zdarzają mi się zawieszki jak w przypadku wiadomych niektórym cedrów:)
9. Zabieram ze sobą mokre chusteczki, termos z kawą i… tabletki do bólu głowy:) i oczywiście spray na komary – chusteczki pozwolą się odświeżyć czy umyć kiedy wody w pobliżu brak, kawa (choć kilka łyków) zawsze poprawia mi humor w razie czego, a tabletki… migrenowcy wiedza o co biega. Jej… jaki ten punk jest babski…:) Oczywiście zabieram też jakieś smarowidło do ust, twarzy i rąk, bez tego ani rusz! Taki feler mam.
10. Nie zapominam o dobrym humorze – mimo że to praca, czasami nużąca, czasami w fatalnych warunkach, o każdej porze roku i niekiedy naprawdę niezależnie od pogody, bo nie mamy czasu na „jak pogoda się poprawi”, albo jesteśmy na drugim końcu Polski, więc nie możemy czekać na lepsze jutro:), czasami musimy zrobić tyle, ile fabryka dała, nie zaś przysłowiowe osiem godzin – to zawsze jadę na taką inwentaryzację z dobrym humorem, jak na wycieczkę. Wówczas wszystkie niedogodności rozmywają się zanim na dobre zapaskudzą mi cały dzień. Taki dzień czy kilka dni na łonie natury (choćby i mocno upierdliwym komarami, deszczem czy upałem) to zawsze doładowanie akumulatorów na dalsze etapy pracy.

 

Na linii wzroku…:) Później popłynęłam w zielonej toni…

 

Zawsze idziemy PRZODEM do kierunku jazdy  – czy pociągów czy samochodów. Ale to wiecie;)

 

Ktoś, kiedyś posadził tę lipę baaardzo blisko torów. Lipa płaciła za to przez wiele lat notorycznym przycinaniem, ogławianiem, korygowaniem pseudo korony, w końcu przegrała… Tory zostały przebudowane, cała linia zmodernizowana, lipa razem z wrośniętą w nią siatką drucianą zakończyła życie 🙁

 

 

A dalej…
…dalej to siedzenie na czterech literach i obrobienie tych wszystkich tabelek, zdjęć, map, rysunków… aż do zapuszczenia korzeni w krzesełko:)
Ale kto powiedział, że życie zawsze jest łatwe, piękne i na natury łonie?
W zależności od wielkości projektu prace biurowe zajmują kilka dni, tygodni lub… miesięcy. Miesięcy??? Tak. Do pełnej akceptacji całej dokumentacji potrafi minąć kilka miesięcy, ale to już post biurowy, nie terenowy, więc na zupełnie inną okazję:)

8 komentarzy

  1. Super wpis Magda:) Samo życie 😛 ja jeszcze dorzucam spodnie narciarskie zimą na inwentarkę – moje must have 🙂

  2. Świetny poradnik 🙂 Z moich wspomnień pracy w terenie: Latem z koleżanką zapomniałyśmy czapek na głowę. Ale miałyśmy gazety i zrobiłyśmy sobie z papieru. Dziwnie wyglądałyśmy, ale najważniejsze, że w głowę już nie grzało 🙂

  3. W Olszy… <3 Piękne zdjęcie, totalnie moje klimaty 🙂

  4. jest taki wynalazek:
    http://www.drogeria-ekologiczna.pl/333-lejki-kobiece-do-sikania-na-stojaco
    Zastanawiałam się kto mógłby z tego skorzystać, ale teraz już wiem 🙂

    • Azumi – genialne! mam tylko nadzieję, że nie przecieka. Kiedyś słyszałam o takich lejkach, chyba było o wyprawach na biegun czy w Himalaje i jak babki sobie radzą, bo faceci na tym mrozie też interesów nie wyciągali, tylko sikali do woreczków, które później się opróżniało – ale szukałam takich lejków (wieki temu) – teraz są! Na pohybel, nareszcie!!!

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*