Place zabaw, trzepaki i białe kuleczki

Wychowywałam się w starej kamienicy z 1903 roku – dwa dwupiętrowe domy ustawione prostopadle do siebie otaczały spore podwórko niczym dwa ramiona. Między ramionami był szeroki wjazd, trzecie ramię stanowił sznur murowanych garaży oraz betonowy płot zwieńczony kolczastym drutem (bo za płotem byli pancerni, z czołgami ale bez psa), czwarte ramię to ogrodzenie przedszkola. Na przedszkolnym placu zabaw były fajne sprzęty, teoretycznie popołudniami mogliśmy tam wchodzić (przez dziurę w płocie rzecz jasna), ale nie robiliśmy tego – mieliśmy swoje zabawki, swój plac zabaw: dwa trzepaki,  piaskownicę z tajemniczym wejściem jak do bunkra (trzeba było jednak wielką dziurę wykopać, żeby się tam dostać, znaleźliśmy tak kiedyś butelki i gazety z lat 50-tych), metalowe drabinki mocno wyślizgane, dwie huśtawki zwykłe i dwie wagi wiecznie zepsute oraz dwie ławki, wszystko pod konarami ogromnych drzew.

Była jeszcze wielka lipa na samym środku podwórka na która namiętnie się wspinaliśmy i cudnej urody głóg z różowym kwieciem. Pod płotami rosły najróżniejsze krzewy – od bukszpanów przez lilaki, ligustry po śnieguliczki z białymi, trującymi kulkami, a parterowe sąsiadki uprawiały mini ogródeczki pod oknami – paprocie, konwalie, irysy, tulipany, kolczaste róże i inne kwiatki w swoistym misz maszu – szału nie było. 

Do piaskownicy sikały koty, między drzewami na sznurkach suszyło się pranie, pod huśtawkami czy drabinkami na zmianę piach albo resztki trawy. Jak nikt nie trzepał dywanów oba trzepaki znajdowały się pod naszą regularną okupacją i żadnemu z rodziców nie przyszło do głowy zabronić nam fikać koziołki czy robić zwisy na metalowej rurze:)  
Na trzepaku – wolnemedia-net
Kiedy ktoś przynosił ciasto albo kanapki – dawanie gryza było czymś naturalnym tak samo jak częstowanie się domowej roboty karmelkami i to – o zgrozo – brudnymi rączkami. O oranżadzie w proszku którą oślinionym paluchem z jednej torebki zżerało całe podwórko nie wspominam, bo nawet teraz mi jako dorosłej kobiecie, mamie i osobie świadomej trylionów bakterii jakie pochłonęłam podczas mojego dzieciństwa, ciarki po plecach przebiegają:) 
Rodzice raz ostrzegali, że kwiatków z ogródków się nie jada, owocków z krzewów też nie „bo się otrujesz i umrzesz w strasznych męczarniach”… Raz. I wystarczyło, nikt nie próbował:) Wspólnie chadzaliśmy „na morwy, na jabłka, na orzechy, na akacje, na mirabelki” i na ten nieszczęsny szczaw…;) 
Rodzice wołali nas przez okno tylko na posiłki albo do spania, żadna mama kwoka nad nikim nie wisiała, nie dmuchała, nie chuchała – pilnowaliśmy się sami – od 3 latków do nastolatków:) Widok mojej bodaj pięcioletniej sąsiadeczki spacerującej z wózkiem w którym kołysząc się spał jej nowonarodzony braciszek – bezcenne. I my wszyscy, starsi, 10-cio czy 15-to  letni „pilnujący” ich obu…
Nikomu z nas nic się nie stało, wszyscy wyrośli na porządnych, zdrowych, fajnych rodziców, prawie jak  bracia i siostry podwórkowe, którzy teraz… NIE POZWALAJĄ swoim dzieciom na takie niebezpieczne, nieodpowiedzialne i niehigieniczne zachowania… No właśnie – co się stało z naszą klasą??? Czy to nasi rodzice byli tacy wyrodni (ale żeby wszyscy???), czy to my przeginamy w drugą stronę karmieni potencjalnymi niebezpieczeństwami jakie czyhają na nasze dzieci na każdym rogu piaskownicy? Zapomniał wół jak cielęciem był? A może wszechobecny strach przed konsekwencjami „w razie czego” tak nas paraliżuje? Przy czym owo „w razie czego” to często zwykły siniak, drzazga w palcu, płacz, pacnięcie łopatką kolegi, nasypanie piachu na głowę, dziecięca kłótnia czy nawet (o zgrozo) bójka w stylu zapasów pulchnych czterolatków. 
Oglądałam dziś szkołę na terenie której mam zaprojektować zieleń, oglądałam boiska i bieżnie ze sztuczną, kolorową nawierzchnią, pięknymi trybunami i wysokim ogrodzeniem, wewnętrzne sale zabaw i do gimnastyki, oglądałam plac zabaw, wynuiniane korytarze, panie na portierni czujne niczym BOR-ówki… wszystko higieniczne, czyste, bezpieczne, ekologiczne, opłotowane, zmonitorowane, rozwijające z najwyższym stopniu i z największą starannością wszystkie możliwe i niemożliwe umiejętności naszych dzieci.  Piaskownica która musiała spełnić wymogi Sanepidu, która codziennie musi być zakrywana wielką płachtą (bo koty sikają), nawierzchnie pod drabinkami miękkie niczym ściany w szpitalu psychiatrycznym (żeby upadek ewentualny był całkowicie bezpieczny), sznurki, deski, daszki, płotki – kolorowe, gładkie, ekologiczną farbą malowane, zieleń oczywiście zgodnie ze sztuką i przepisami – bez kolców, cierni, trujących części roślin, opadających owoców, kruchych gałęzi… 
Trochę im pozazdrościłam na początku. Przypomniałam sobie moje podwórko, strzelające białe kulki śnieguliczki, słodkie jak nektar kwiaty robinii,  soczyste morwy i kwaśne jabłka, wielki ceglany gmach szkoły, skromnych i surowych nauczycieli, granatowe mundurki z białym kołnierzykiem i mankietami, ogromne mapy stojące rulonami na baczność w kącie sali, drewniane wskaźniki nie zawsze tylko do wskazywania:), wielka biblioteka z rzędem stolików z lampkami przy których uczniowie siedzieli i starannie pisali prace domowe na wielkich płachtach papieru kancelaryjnego, a wiadomości czerpali… z książek i encyklopedii, twarde krzesła w klasie, popisane ławki na których działa się cała nasza młodzieńcza historia miłości, złości, niechęci – wszystko z należytą starannością opisane i okraszone odpowiednim do nastroju rysunkiem, wielkie drewniane drzwi malowane olejnicą której nikt nie opalał tylko malował na kolejnej i kolejnej warstwie. Szerokie korytarze po których spacerowaliśmy parami jak w spacerniaku, a środkiem nauczyciel – żadnego biegania, krzyczenia, wyzywania, tylko spokojna rozmowa, ciche chichoty i kanapki pałaszowane ze smakiem, panią higienistkę i dentystkę do których regularnie chadzaliśmy na przeglądy, boiskowe gry w klasy, skoki w gumę, linkę… wszystko nieekologiczne, nieestetyczne (no może oprócz tych mundurków z białym kołnierzykiem…:)), twarde i surowe.
Jak więc wyrośliśmy? Jak przeżyliśmy? Jak skończyliśmy szkołę bez fejsbuka, komórek, pomocy multimedialnych, Wikipedii i klawiszy Ctr C i Ctrl V??? Jak staliśmy się tymi, którymi jesteśmy?
Był respekt, posłuch i szacunek, był monitoring sąsiedzki, mamy zamiast w serial brazylijski czy ekran smartfona wyglądały przez okno gotując obiad i dyskretnie pilnowały swoich dzieci, te starsze były uczone odpowiedzialności za te młodsze, empatii i opieki, szkoła była od nauki, a przyjemności następowały dopiero po wykonaniu obowiązków, sklepy w niedzielę były zamknięte (że jak???), a w tygodniu otwarte tylko do godziny 18 i to wszystkie – łącznie ze spożywczym (WHAT???), programy w telewizji były dwa, zaś  radio miało swój poziom kulturalny który na szczęście nadal trzyma (tylko radio…) 
Aby zdobyć informacje potrzebne do zadanej pracy trzeba było ruszyć cztery litery, iść do biblioteki, przeczytać całą treść, spisać najważniejsze fragmenty, później przerobić, przeredagować, wykaligrafować i oddać nauczycielowi. 
Dzieci umiały słuchać i wyciągać logiczne wnioski. Były karne i w miarę posłuszne. Właściwie wszystkie. Wiedziały, że ogień parzy, róża kłuje, białe czy czarne kulki mogą zakończyć nasz żywot, a robiąc koziołka na trzepaku trzeba  mocno zaciskać dłonie, żeby nie zaryć głową w piach. Starczyło powiedzieć im to raz i tego się trzymały. Wszelkie nieposłuszeństwo odczuwałyby na własnej skórze – ogień by sparzył, róża skaleczyła, spożycie kulek śnieguliczki czy ligustra w najlepszym wypadku skończyłoby się płukaniem żołądka, a upadek z trzepaka też nie należał do przyjemnych. 
Dziś te same dzieci (tak, tak – te same!) usuwają swoim pociechom wszelkie przeszkody nie pozwalając samodzielnie odkryć świata i uczyć się na błędach. Nie roztaczają nad nimi niewidzialnych skrzydeł dyskretnego monitoringu jakiego same doświadczyły – okrywają je szklanym kloszem chroniąc przed wszystkim z bakteriami i awitaminozą na czele i trzymają ten klosz nad nimi tak długo, aż dzieci stają się dorosłymi ludźmi i… no właśnie – jak wyrosną? Jak przeżyją? Jak mocno zderzą się ze światem? A może wcale się nie zderzą?… Może jakoś dadzą sobie radę? 
Post ten choć mocno lifestylowy wydał mi się konieczny do napisania. To był jeden z tych tematów z cyklu „muszę, bo inaczej się uduszę” :):):)
Oczywiście jako świadomy zieleniarz, projektant i architekt krajobrazu nie mogę posadzić na placu zabaw ani róż z kolcami, ani śnieguliczki ani żadnej rośliny która mogłaby się stać ewentualnym źródłem jakiegokolwiek niebezpieczeństwa:) Kiedyś starczyło słowo rodzica – dziś te sprawy regulują przepisy, zakazy i nakazy… Czy słusznie – pozostawiam bez odpowiedzi:)