LATO w Pracowni i wakacje na horyzoncie

Lato już za dwa dni – astronomiczne 21 czerwca 34 minuty po północy, kalendarzowe 22 czerwca. 
A tak niedawno celebrowaliśmy pierwszy dzień wiosny!
Mignęło i śmignęło tak szybko, że aż strach się bać, bo… tak samo szybko może nastać jesień, a zaraz później zima:) 
Wiosna nas połechtała milutko ale i pokazała pazurki, zwłaszcza ta wiosna czerwcowa – były dni zimne, bardzo zimne (nawet szron Gwenaelle pokazała na szybce!!!), były kapuśniaczki, ulewy, burze zwykłe i niezwykłe, nawałnice rzekłabym, powietrzne trąby i inne zjawiska.
Ogród przystopowany nieco przez chłody oszalał z końcem maja i początkiem czerwca, ale wymagał solidnego nawodnienia, które z czasem przyszło samo:) Kabaczki, dynie i ogórki rosły na naszych oczach – dosłownie. Starczyło kilka dni deszczowych które wykorzystałam bardzo pracowicie przykuta do biurka, aby podczas słonecznej inspekcji nie poznać własnych grządek:) BUSZ. Po prostu… całkiem smaczny busz:)

Agrest
porzeczka, bób

kalarepa, cukinie
Wiosna w Pracowni przebiegała jak zwykle – sinusoidalnie. Szwankowaliśmy zdrowotnie, częściowo planowanymi zabiegami, częściowo niespodziankami latorośli, która mimo zaawansowanego wieku młodocianego nadal potrafi spędzić sen z powiek i zadziwić samych lekarzy…
Polerujemy biurowe duże tematy, cofamy się wstecz i wyciągamy z kapelusza króliki, które włożono tam dobre kilka lat temu. Uwielbiam to cofanie się w czasie o 5 – 7 lat i pytanie, czy „pamiętam to drzewo i tą sytuację, tę rozmowę, tę wizję, te ustalenia….” oczywiście że pamiętam, mam dysk twardy o pojemności porównywalnej z najnowszą zabawką IMB – jakieś 120 PB i szybkość przetwarzania danych bliską prędkości światła…:) Co tam to JEDNO drzewo wyłowione z kilkunastu tysięcy drzew jakie pomacałam, ich obwodów, stanów zdrowotnych, numeru działki na jakim rosną, problemów właścicieli tychże działek do drugiego pokolenia wstecz, których czasami wysłuchuję, taki bonus mam w gratisie:)
Z mojej pomocnej dłoni i skrupulatności w liczeniu, przeliczaniu i doszukiwaniu się drugiego dna korzysta też Małżonek i wkręca mnie w tematy dla mnie tak ciężkie, jak dla przeciętnego faceta odróżnienie magenty od amarantu czy cyjanu od akwamarynu:) No ale mam tam robić za Robocopa i mechanicznie oddzielać ziarna od plew. To oddzielam. Taki Kopciuszek za mnie:) 
pracownia-notatki
Doszły nam też nasze projekty, nie tylko ogrodowe – moje MOJE i nasze czyli wspólne – te wspólne organizacyjnie ogarnia Mąż jako siła napędowa, ja zaś tradycyjnie ogarniam to, czego on nie kuma, czyli administrację i zaopatrzenie. Taki podział ról. W bonusie znów dostaję liczenie drzewek i zaprojektowanie zieleni. Żeby mi smutno nie było:) No fajnie, cieszę się. Naprawdę:) Faza ustaleń za nami, wykonanie tego wskoczyło na miesiące letnie i… zagroziło naszym wakacjom. Od życia dostanę w tym roku teoretycznie długie  wakacje sam na sam z mężem (taki come back do czasów młodości…), ale tylko w teorii… W praktykę muszę przekuć to sama, bowiem z początkowych dwóch tygodni jakie sobie „zaklepałam” już zrobiło się 8 dni, a jak tak dalej pójdzie, to skończymy na 5… Przegrywam z robotą. I nie wiem jak się zachować, bo nie pamiętam kiedy wyjechałam ostatni raz na wakacje na dwa tygodnie… policzyłam: 23 lata temu???….Nieubłagana matematyka:) 
Zawsze wielkie plany kończyły się na weekendzie, długim weekendzie, 5 dniach wyszarpniętych między projektami – człowiek się pakował, jechał, aklimatyzował, pakował i wracał – nie był to super wartościowy wypoczynek, zawsze pozostawał niedosyt:) Brać co mi życie daje, postawić na swoim, czy w ramach strajku całkiem zrezygnować z wakacji? Może ten trzeci szatański pomysł plus strajk włoski? Masakryczna dokładność i nadobowiązkowość? Hm…. 
W tym roku w planach namiot i rowery – wszystkie miejscówki hotelowe pozajmowane od stycznia, za granicę nas nie ciągnie (no może oprócz Bretanii obiecanej, Toskanii czekającej od dwóch lat i Lofotów które mam przyrzeczone od siedmiu…), w górach za gorąco – obraliśmy kierunek północny:)
Kołobrzeg

plaża Bałtyk
Zakupy tydzień przed wyjazdem, rezerwacja miejscówek na polu namiotowym – dwa dni przed wyjazdem… a na miejscu – pełen spontan. Odwykłam, trochę się obawiam, wiekowa już chyba jestem:) Oczywiście ja swój plan mam, ale oficjalnie – spontaniczność drugiej młodości nas czeka:)
Tak więc lato w Pracowni zapowiada się całkiem ciekawie. Dwa najbliższe tygodnie to będzie hardcor, żeby wszystko poukładać i ze wszystkim zdążyć. Dwa tygodnie z kalendarzem w ręce. Dwa tygodnie na wywiązanie się ze wszystkich zobowiązań, żeby z czystym sumieniem wbijać śledzie w żuławską i kaszubską ziemię:) Żeby z czystym sumieniem wysypywać plażowy piach z sandałów, żeby na spokojnie pałaszować dorsza czy flądrę z frytkami. Żeby nadmorski wiatr smagał nasze uśmiechnięte buziole, a my abyśmy celebrowali wspólne wakacje z daleka od smartfona i laptopa, bez załatwiania firmowych spraw „w międzyczasie”, bez udzielania „niezbędnych” porad i „niecierpiących zwłoki” telefonów zwrotnych. 
Wśród naszych znajomych bliższych i dalszych od kilku lat panuje taki zwyczaj, że nawet jak jadą na działkę pod miastem, to kłamią, że są za granicą:) Daleko. Baaardzo daleko. Żeby nikt do nich nie wydzwaniał i im nie przeszkadzał:):):) Dacie wiarę? Dorośli ludzie… asertywność kuleje w naszym społeczeństwie i to mocno. My kłamać nie będziemy – laptopy zostają w domu, a zasięgu wśród sosen wysokich i tak nie będzie. No to siedziałam dziś w pracy, przy niedzieli, w pełnej solidarności z innymi pracującymi w niedzielę. Jestem na swoim – mój czas pracy elastyczny jak baletnica w rozkroku: zahacza o blady świt i ciemną noc:)