ZAPISKI Z WAKACJI cz. 1 – Żuławy, namiot, rowery i cuda średniowiecza

Wakacje nasze są już przeszłością  i o przeszłość oczywiście zahaczyły. Bo mamy oboje z mężem taki feler, że się w czasach przeszłych lubujemy:)
W ostatnim wpisie TUTAJ pisałam o naszych planach wakacyjnych i o tym, że jeszcze zanim weszły w życie ja już obawiałam się czy w ogóle dojdą do skutku. Doszły, wyjechaliśmy, bawiliśmy się dobrze i solidnie wypoczęliśmy (choć pogoda na kolana nie powalała…) oraz – co najważniejsze – świat się bez nas nie zawalił, a tego najbardziej obawiał się mój małżonek prywatnie i wspólnik służbowo. Oczywiście zawdzięczamy to nie tylko przypadkowi i staremu przysłowiu, że „nie ma ludzi niezastąpionych”, ale przede wszystkim własnej pracy i dopięciu wszystkiego na ostatnie guziki oraz temu, że zaraz po powrocie wpadliśmy ponownie w kołowrotek spraw zawodowych. Zażartowaliśmy sobie nawet (o bo to był żart?), że jakbyśmy wiedzieli co nas czeka po powrocie, tobyśmy w ogóle nie wyjechali:)
Ale pojechaliśmy. Pod namiot. Do dziury zabitej dechami. Kompletnie zabitej. Ko bywał na wakacjach w czasach PRL-u w domkach kempingowych z dykty, albo w chałupinkach wyglądających jak wagony cyrkowe albo dawne wozy z taborów cygańskich, ten wie o czym mówię:) Wozy, domki i inne składaki miały oczywiście lifting zrobiony, toilety i prysznice były bez zarzutów (ale o 22 zamykane i… do mycia pod kran w kibelku), była nawet świetlica i bufet (Żuber za 6 zeta i jednoręki bandyta…), ale nie korzystaliśmy, chcieliśmy spokoju. Mieliśmy swój namiot! Luksusowy, dwupokojowy z aneksem kuchennym i czytelnią! Szał po prostu:) Spanie na grubiutkim materacu pod małżeńskim śpiworem (takie cuda robią:)), własna kuchenka, kawka, leżaczki, książeczki, kocyki, nawet cukinię młodą z domu zabrałam, patelnię i smażyłam na kolację z cebulką i pomidorkiem:) 
Wakacje mieliśmy właściwie za darmo, bo w ośrodku zapomnianym przez wszystkich świętych (ale nie przez komary i końskie muchy!) płaciliśmy zawrotną cenę 15 zł za dobę za osobę plus 2,80 klimatycznego. Za namiot nam nie policzyli, za samochód również. Do sklepu prawie 3 km, na plaży (niestrzeżonej) cisza i pustki. Plaża taka sobie, bo las kończył się tuż przy plaży, więc paprochów z sosen cała masa. Im bliżej brzegu tym lepiej. 

Mąż zachwycał się dopóki nie musiał iść do sklepu po bułeczki, a po południu zgłodniał na plaży, a tu nikt gotowanej kukurydzy nie rozprowadza, ani zimnego piwka na kocyk nie przyniesie, do knajpki z rybką i lodami daleko, zaś w naszym lesie przy kolacji ze słoika natychmiast dają znać o sobie komary:) Albo zgiełk, ludziska i knajpka pod nosem, albo spokój, sosny i komary. Na szczęście założyliśmy że wakacje będą też aktywne i zabraliśmy ze sobą rowery, na których robiliśmy 40-50 km dziennie, choć nie codziennie. 
Były też spacery na piechotkę po plaży no i samochód jak deszcz długo nie odpuszczał;) Bo pogodę mieliśmy w kratkę, padało każdego dnia, słońce wychodziło na krótko albo wcale, właściwie tylko 3 dni mieliśmy takie, że plażowaliśmy w strojach kąpielowych i można było się opalać – w inne było po prostu bardzo wietrznie i zimno, co oczywiście nie przeszkadzało nam plażować w spodniach, kurtkach i z kocem na kolanach:) Jedyny plus takich temperatur to fakt, że przez chwilkę po wyjściu z morza (tak, tak, kąpaliśmy się uparcie, dzielnie  i bez względu na wskazania termometru:)) wydaje nam się, że jest cudownie ciepło i ze zdziwieniem patrzymy na tych opatulonych w koce po czubek nosa:) Ale tylko przez chwilkę…:)
Oprócz morskich fal, piachu, muszelek i patyków wyrzuconych na brzeg było oczywiście zwiedzanie. W zależności od pogody podróżowaliśmy rowerami albo samochodem, zaliczyliśmy trzy żelazne punkty które wpisaliśmy w kalendarz wakacyjny i wszystkie trzy odwiedziliśmy. To był Gdańsk, Sopot i Malbork. Odwiedziliśmy też Westerplatte i Tczew oraz uprawialiśmy swoisty „plażing”, czyli zwiedzanie plaż nadmorskich – tyle na ile pozwoliła nam pogoda. Nie byłabym sobą, gdybym nie zachwycała się krajobrazem – i tym otwartym i tym miejskim…
ŻUŁAWY
Są płaskie jak stół. Stół pokryty bliznami przeszłości, rysami historii, z kolorowymi serwetami i zieloną zastawą. Może dlatego tak świetnie jeździło mi się tam na rowerze: w stałym rytmie nie można się zmęczyć, po kilku kilometrach nogi poruszają się już same w taktach sekundowych. Raz-dwa-raz-dwa… i jesteśmy w Sopocie. Bajka 🙂
Leżące nieopodal Kaszuby, kraina mocno pagórkowata to już wyższa szkoła jazdy i dużo cięższe warunki jak na wakacje prosto zza biurka. 
Rozległe łąki, rozlewisk rzek, tereny zalewowe pastelowo kolorowe, łany zbóż czy innych traw falujące niczym druga, słomiana w kolorze rzeka to siła spokoju. Mnóstwo ptaków, sporo zwierzyny, leniwe, spokojne życie i tylko znad morze czasami zawiewa Wielkim Światem. Stojąc na wałach wiślanych i patrząc w kierunku morza czułam się trochę jak Robinson Cruzoe w portowym Yorku kiedy jako młody sztubak wysłuchiwał opowieści żeglarzy o rozległych morzach i dalekich krainach. A w kantorku jego ojca tylko pieprz pachniał i wanilia… 

Historia tego regionu naznaczona jest przede wszystkim wielokulturowością, a dokładniej mieszanką słowiańsko-prusko-holenderską. To główna oś osadnictwa w tym rejonie po XIII wieku, wcześniej o te tereny z niewielkim entuzjazmem konkurowali Słowianie, Estowie i Prusacy. Dlaczego niewielkim? Otóż na tych terenach można było robić trzy rzeczy: łowić ryby, wydobywać i obrabiać bursztyn oraz uprawiać rolę, przy czym to ostatnie zajęcie bywało niepewne, bowiem liczne powodzie, a przynajmniej podtopienia  to był chleb powszedni tutejszych mieszkańców. Dopiero Holendrzy mając u siebie ten problem już przećwiczony zabrali się za osadnictwo i budowę domów z głową. Od nich podpatrzyli Słowianie i Prusacy no i się zaczęło. 
Jak grzyby po deszczu powstawały domki i domeczki, osady, wsie, miasteczka. Ich lokalizacja była jasno wytyczana przez granice zalewowe, ale i temu nie zawsze udało się zapobiec i powodzie co rusz zbierały swoje żniwo zwłaszcza jak człowiek zlekceważył przyrodę. Wielką rolę w osadnictwie żuławskim odegrali mennonici z Niderlandów, wyznawcy surowego w zasadach i życiu protestantyzmu. Skromność, pracowitość i pobożność to były trzy ziemskie cnoty jakimi można ich scharakteryzować. Nie nosili broni, nie walczyli, nie piastowali urzędów, pracowali w ciszy i skupieniu wyrywając tej ziemi jej skarby: uprawiali pola, stawiali wiatraki, osuszali bagna, budowali wały przeciwpowodziowe, kanały, przepiękne domy z podcieniami. 
Ziemia żuławska usiana jest starymi cmentarzami mennonitów, zaś pamięć o tych, którzy tak wiele dobrego zrobili dla tych ziem zdaje się powracać. Dzisiejsi mieszkańcy pamiętają i ożywiają historię o nich tworząc muzea mennonickie czy (póki co tylko w planach) europejski szlak mennonitów obejmujący wszystkie kraje w których mennonici osiedlili się uciekając przed prześladowaniami w swoim ojczystym kraju. 
Powalone drzewo „wisiało na włosku” trzeszcząc niebezpiecznie. Zadzwoniliśmy po straż pożarną, żeby usunęli zanim dokona większych zniszczeń. Nie mam niestety zdjęć z akcji, poczekaliśmy z kwadrans i musieliśmy jechać dalej. Wierzę na słowo chłopakom z Malborka że przyjechali i bezpiecznie usunęli wiatrołom:)
Pamięć o przodkach… to wzruszająca tabliczka.
GDAŃSK
Zauroczył mnie. Dosłownie. Byłam świeżo po przeczytaniu książki Joanny Chorodyńskiej  „Korona śniegu i krwi” w którym po mistrzowsku opisane są średniowieczne realia podzielonej Polski bez króla, za to z licznymi księstwami-państewkami, pięknie opisano stroje, rytuały, dni zwykłe i świąteczne oraz zmagania księcia Przemysła II z samym sobą i swoim przeznaczeniem. Cudowna podróż w przeszłość, zaś Gdańsk zachował wiele ze średniowiecznych klimatów, i zapewne dlatego tak mnie zauroczył.
Szerokie ulice główne i urocze te zagubione między nimi tworzyły niesamowity klimat. Zaskoczyło mnie tylko ubogie lokalne menu: w restauracjach był istny tygiel kulinarny od burgerów, przez pizzę po dania staropolskie (kluchy, schabowe czy golonki), zdarzała się oczywiście chińszczyzna, kebab czy nieśmiertelny hot dog z zapiekanką. Wszechobecne lody (naturalne, prawdziwe, ręcznie robione… ) kusiły baaardzo, a chwila przy kawie i porcji zimnych sorbetów dała ciekawe pole do obserwacji namaszczenia z jakim ludzie podchodzą˙ do tych słodkich wynalazków:) 
Kupiecka historia miasta widoczna na każdym kroku, stare kościoły, świeżość oddechu dzięki morskim powiewom, sporo zieleni i wspaniale utrzymane ścieżki rowerowe, które pozwoliły bezpiecznie i komfortowo poruszać się po Trójmieście i okolicach. Zaskoczył mnie bardzo pozytywnie zwyczaj gdańskich kierowców, którzy bardzo ostrożnie poruszali się w pobliżu ścieżek rowerowych i za każdym razem przepuszczali rowery z uśmiechem i pozdrowieniem. Przed rowerami absolutne pierwszeństwo mieli piesi i to był widać w relacjach rowerzysta-pieszy bardzo wyraźnie:) W samym centrum, gdzie roiło się od turystów z głową w chmurach trzeba było uważać, bo piesi bez skrępowania zajmowali ścieżki rowerowe a nawet ulice, dalej od centrum kultura pieszo-rowerowo-samochodowa była na bardzo wysokim poziomie. Idzie ku lepszemu:)
Gdańsk jest miastem ZIELONYM. Zaskoczyła mnie ilość parków, drzew, skwerów czy zieleni przy witrynach sklepowych i restauracjach. Zwłaszcza w centrum widoczna była ta dbałość o doniczki, kwiatki, cyprysiki i inne ozdobniki ustawione na schodach sklepowych. 
Architektura Gdańska zwłaszcza w okolicach serca miasta czyli Długiego Targu (bo w Gdańsku nie ma starówki z ratuszem, tylko gigantyczna główna arteria miasta którą przecina główny kanał który tętni życiem chyba 24 godziny na dobę:) ) jest przeurocza. 
Kolorowe wąskie kamieniczki przeplatają się z tymi jeszcze starszymi, ceglanymi, kościołów mnóstwo, a jeden starszy od drugiego. Niemal każdy zaułek, każdy kamień w Gdańsku ma swoją bogata i ciekawą historię – oto jedna z nich, zaklęta w herbie z głowami trzech dzików:) Poczytajcie sobie TUTAJ, nie pożałujecie. Okazuje się że spektakularne kariery można zrobić nie tylko w USA:)
Dotykać murów, kamieni i stąpać po stopniach schodów które mają prawie 800 lat to niesamowite przeżycie. Trzeba mieć jednak tego świadomość i nie traktować takich zabytków jak kolejnego punktu do zaliczenia. Wówczas można się autentycznie przenieść w tamte czasy. Duchowo rzecz jasna:)

Gdańsk to też zabawa i fantastyczne możliwości spędzenia wolnego czasu. Liczne koncerty i koncerciki w dzień i popołudniami, wieczorami bardziej kameralnie można na przykład posłuchać koncertu  szantów na Czarnej Perle i pokiwac się w ich rytm z kuflem piwa w dłoni. Bogaty repertuar oferuje również Opera Bałtycka – to dla bardziej wyrafinowanych koneserów:)
My wybraliśmy wakacyjne szanty i lokal opuściliśmy grubo po północy. Nie załapaliśmy się już na prysznic w naszej Dziurze, więc umywszy zęby zrobiliśmy sobie „dzień dziecka”:) Kolejny post pełen ciekawych zakamarków to już… Malbork i inne skarby wakacyjne:) Wyczekujcie części drugiej, będzie o średniowiecznych kibelkach, kuchni jak z marzeń i karach za niesubordynację które mogły dosięgnąć człowieka nawet po jego śmierci 🙂 

10 komentarzy

  1. Bardzo ciekawa relacja z moich stron. Nawet ja znalazłam na zdjęciach miejsca już zapomniane… 🙂

  2. Wspaniała fotorelacja. Pięknie opisana, z wielką przyjemnością czytałam.

  3. Pięknie opisałaś swoje wakacje. Czekam na resztę relacji.

  4. Plażę bez sprzedawców popcornu biorę w ciemno! Tylko ta woda… My mieliśmy tak, że woda cieplejsza od powietrza była (na naszym wybrzeżu zaznaczam), więc żal było wychodzić w ogóle.
    A wycieczkę mieliście super! Czekam na dalsze odcinki 🙂

  5. Zgadzam się, że Gdańsk urzeka. Piękne miasto. Odwiedziłam je w maju, pierwszy raz od czasów szkolnej wycieczki i bardzo polubiłam. Teraz pewnie częściej będę zaglądała do Trójmiasta, szczególnie, że teraz dzięki pendolino mam jakoś bliżej do tego zakątka kraju.
    Fajne były te wasze wakacje. Marzę o takim niezobowiązującym wyjeździe z dala od codziennego życia.

  6. Plaza jest piękna… piaszczysta… o nie najtrudniej na południowym wschodzie Wielkiej Brytanii – i do nich tęsknie najbardziej 🙂 A post b. fajny, taki z cyklu cudze chwalicie swego nie znacie. Pozdrawiam

  7. Ciekawa wyprawa i bardzo wciągające Twoje pisanie , Magdo ! Czasem, gdy ktoś pisze zbyt wiele – odpuszczam sobie, ale u Ciebie nie mogę, bo opisujesz wszystko w sposób budzący ciekawość. Kocham Żuławy Wiślane, bo tam mam rodzinę i w dzieciństwie często tam przyjeżdżaliśmy. W tym roku też czeka mnie podróż w te okolice. Pozdrawiam serdecznie :))

  8. Cudowny opisy zdjęcia

  9. Lata całe nie byłam w tym regionie, przypomniałaś, że warto zdecydowanie. I historia, i zieleń i spokój, wszystko, czego trzeba.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*