Wędrujące rośliny – słów kilka o zmienności:)

 

Jako rasowy rak zodiakalny, cenię sobie święty spokój, domowe ognisko i przewidywalność życia. Coś tam jednak w moim horoskopie nie zagrało, bowiem jakby się bardziej przyjrzeć mojej charakternej osobie, to jednak raz na jakiś czas urządzam rewolucję, nosi mnie po świecie i rutyna mnie mierzi. Na wszelkich polach życiowych, tych ogrodowych również:)
Moim znakiem rozpoznawczym stały się „wędrujące rośliny”. Przynajmniej na moim poletku. Uwielbiam je. Moja wyobraźnie pracuje na pełnych obrotach – co już w końcu okrzepło w jednym kącie ogrodu, na przyszły sezon ląduje w drugim… Nawet mój mąż śmieje się, że jak nauczy się nazwy jakieś rośliny i przyzwyczai się do tego, że ona jest po jego lewicy jak pije kawę na tarasie, to ona nagle czary mary – znika i pojawia się po prawicy… 🙂 I biedny mąż musi się uczyć od nowa. A zakątków ogrodowych trochę u nas jest.

 

To wieczne przesadzanie i wędrowanie roślin nie jest takie beznadziejne jak Wam się wydaje – to najlepszy sposób na poznanie własnego ogrodu i wymagań tychże roślin. Pole do obserwacji i doświadczanie na własnej skórze niesamowitego cudu zmienności. Możliwość nauki naocznej, jak dany gatunek rośnie i rozwija się w pełnym słońcu, półcieniu czy cieniu. W miejscu suchym, umiarkowanym czy okresowo zalewanym. Tam, gdzie targają nim wiatry zachodnie i w miejscu zacisznym, osłoniętym. Możemy sami zobaczyć jak przebarwiają się liście w słońcu i tam, gdzie tego słońca jest mniej. Bo samo opis w katalogu roślin niewiele nam powie. Zaś praktyka czyni mistrzem:)

 

Nie oznacza to jednak, że można sadzić rośliny gdzie popadnie i wbrew ich wymaganiom, bo katastrofę mamy gotową i nie potrzeba na nią wcale długo czekać:) Na coś ktoś napisał te podręczniki, więc z wiedzy teoretycznej też warto skorzystać. Po to projektant ogrodu studiował tyle lat, żeby klient nie musiał się już szarpać sam i tracić miliona monet na wypadające okazy. A rośliny kosztują i to naprawdę niemało! Można wydać pół średniej krajowej (albo i całą) i zapełnimy tylko jedną sporą rabatkę, albo jakiś zakątek ogrodowy. I to jeden. I co z tego, że samochód wypchany po brzegi? Że przyczepkę na doczepkę musieliśmy wyciągnąć z garażu? Rośliny porozstawiane na rabacie jakoś dziwnie się zawsze kurczą… zauważyliście?
Ale wróćmy do zmienności. Same wędrujące rośliny to jeden aspekt mojego ogrodu. Drugim jest zmienność tychże roślin w czasie. W porach roku. W porach dnia. W pogodach. Mój mąż twierdzi, że moje ogrody są jak malowane. Jak z obrazów Moneta. Kolorowe plamy przenikające się i w każdej zmienności wyglądające inaczej. Że słońce, deszcz, świt i zmrok wyciągają z nich ukryte piękno. Że na stosunkowo niewielkiej przestrzeni stworzyłam miejsce dość bajkowe: różnorodne pod względem kształtu, faktury, wysokości i przydatności.

 

 

 

Ogród musi zaskakiwać. Musi się zmieniać. Wyobrażam sobie ogród zaprojektowany raz na długie lata – ale pod warunkiem, że jest on zmienny w czasie pór dnia i pór roku. Że kwitnie, przekwita, zmienia kolory i faktury. Że ciągle zaskakuje czymś nowym co z ziemi się wychyla. Że pachnie przez pół roku, czasami nawet zimą! Że brzęczy tysiącem owadów i migoce tysiącem motyli. Że faluje na wietrze. Że daje schronienie ptakom, jeżom, ropuchom. Ze przeleci przez jego środek ważka wielkości małego bombowca. Że pająki po kątach będą wić swoje sieci, a ich jesienne pajęczyny będą niczym drogocenna kolia pełna szklanych perełek wilgotnej rosy.
Chcemy nadal tworzyć swój ogród, zmieniać go, pielęgnować. Nie chcemy by stał się rutynowym monolitem zieleni, niezmiennym bez względu na porę roku. Chcemy aby pęczniał na wiosnę, wybuchał latem, zasypywał nas doznaniami jesienią i aby stał się zaczarowany fakturami i szkieletami roślin zimą. Chcemy, aby dawał schronienie nawet jeżeli w jego zakamarkach dochodzi do krwawych rozpraw na niższych szczeblach ewolucyjnej drabiny. Chcemy by obrastał mchem, porostami, grzybami, aby żył w powietrzu, na ziemi, pod ziemią i w wodzie.
A w tym wszystkim stoimy MY. Chcemy spokoju, zachwytu, pracy na świeżym powietrzu, odpoczynku przy kawie, resetu po całym dniu pracy. Chcemy doświadczać tej zmienności i się uczyć swojego ogrodu. Co sezon od nowa:)
*******
Post został napisany w odpowiedzi na wyzwanie #FPO do moich koleżanek i kolegów po fachu. Miał być o zmienności ogrodowej takiej, jaka dla nas jest ważna. Każdy z nas pisał o czymś innym, bo każdy z nas ma inny ogród. Jestem ciekawa jak Wy widzicie zmienność w swoich ogrodach i czy też macie skłonność do „wędrujących roślin” 🙂
Dobrego dnia dla Was
💙💛💙

9 komentarzy

  1. Uwielbiamy zmienność w ogrodach, taką na jaką my pozwalamy . Zmienność związaną z naturalnymi czynnikami , nie tę zamierzoną związaną z działalnością przechodniów czy sąsiadów . Nie żebym nie lubiła żółto przebarwiających się roślin, lubię, pod warunkiem,że nie jest związana z użyciem roundapa przez naszego dobrego sąsiada. Fajny artykuł, też nie lubię rutyny. Pozdrawiam

    • To my kształtujemy nasze ogrody, a ogrody kształtują krajobraz jaki nas otacza. Warto więc urządzać nasze ogrody z głową stosując właśnie tą zmienność o której piszesz:) Fajnie że się podoba. Pozdrawiam jesiennie 🙂

  2. Jakie to szczęście, że rośliny można przesadzać. Nie zawsze pierwsza myśl jest dobra. Nieraz okazuje się, że nic do siebie nie pasuje, mimo wcześniejszego planowania 🙂

  3. Ha! Ja też jestem raczkiem zodiakalnym. I niby taki poukładany… A podobnie jak Ty, nie potrafię nic nie zmieniać w ogrodzie. Na okrągło coś przesadzam, kupuję nowe… zmieniam układ ogrodu. Ech, te raki 😉 Pozdrowienia!

  4. U mnie skłonność do wędrówek roślin nabiera chyba nowego wymiaru, kiedy pozwalam im samym wędrować i rozsiewać się :). Ogród co sezon wygląda inaczej. Pojawiają się samosiejki kwiatów ozdobnych i ziół. I tak sobie niektóre wędrują…
    Jestem zdecydowanie za zmiennością i dokładnie tak, jak mówisz – warto sprawdzić samemu, w której części ogrodu dane rośliny mają się najlepiej. Czasem na siłę wrzuca się gatunki w miejsca, które po prostu im nie służą, idąc za jakimś pomysłem, kompozycją… a tymczasem Natura wie najlepiej i warto obserwować i wyciągać własne wnioski.

  5. Przepiękne zdjęcia, te wiosenne sprawiły, że tęskno mi za ciepełkiem i wiosną… Ale ogród musi teraz poczekać na cieplejsze dni. Trzeba teraz tylko zbierać liście i bawić się dmuchawą na podjeździe 🙂

  6. U nas też siostra lata z tymi roślinami ale generalnie jakoś to potem wygląda-w sumie brakuje nam arów na nasze chciejstwa bo ja znowu chce mieć rosliny miododajne ale bardziej dziko rosnące niż te które potem są zbyt ekspansywne.A jak już rodzice zaczną swoje marudzenie o braku miejsca na warzywa to dopiero jest złość….

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*