Gardenia – targi zielonej branży

Gardenia

Tegoroczne targi ogrodnictwa i architektury krajobrazu Gardenia 2018 zakończyły się w ostatni weekend lutego. Trochę wody w Warcie upłynęło od tego czasu, miałam więc chwilę na przemyślenia i poczytanie wpisów czy obejrzenie relacji z targów u innych blogerów. Wnioski? Zaskakująco spójne, czyli nie, nie wydawało mi się że…

  • … że Gardenia jest uboższa niż zwykle. W natarciu floryści i branża home&design, nasiennictwo i produkty dla detalistów. Ogromne w poprzednich latach stoiska firm oferujących nawozy czy środki ochrony roślin skurczyły swoje powierzchnie wystawiennicze i to dość mocno. Szkółki (z niewielkimi wyjątkami) jakby krok w tył… stoiska były dużo mniejsze niż zwykle, wiele detali wystawienniczych przewijało się z lat poprzednich. Nie tyle odgrzewane kotlety, ale raczej brak sił, pomysłu i… finansów na to, aby poszaleć. Albo wypasione stoiska przestały się opłacać, a biznes to biznes, czarować nie będziemy 🙂 Ale od szkółkarzy słyszałam już, że szkółki to przede wszystkim ROŚLINY i to one mają skupiać uwagę, a nie blichtr na stoisku i ładna (bądź nie) kiecka hostessy…
  • … że dobre pomysły nadal w cenie –  szkółka Barcikowscy miała piękne i pomysłowe stoisko pełne bylin, wirujących motylków i koliberków oraz pięknych malowanych kwiatów w tle, szkółka Polskie Korzenie przyciągała niecodziennym konkursem na Miss Polskich Korzeni, na podobny pomysł kwietnej sukni wpadło stoisko firmy R&M oferującej sztuczne (aczkolwiek wyglądające jak prawdziwe) kwiaty, aromatyczną kawą nęciło stoisko Kronen (tutaj znakomita nie tylko kawa ale i ziemia ogrodnicza – znamy, używamy), stoisko firmy Verto oferującej narzędzia i elektronarzędzia ogrodnicze postawiło na busa w… kwiatki. Tak więc można zrobić fajnie i bez zadęcia, a klient zapamięta zarówno atrakcję jak i wystawiony towar.
  • … że targi to targi – interesy, biznesy, negocjacje i… handel. Skutki negocjacji i zainteresowania produktami były różne, jedni robili to w sposób bardziej, a inni w mniej umiejętny. Ale idea targowania pozostała ta sama. Zdecydowana większość odwiedzających targi przyjeżdża na nie po to, aby OKAZYJNIE kupić (bądź dostać do testowania) jakieś produkty będące w centrum ich zainteresowań. Kupujemy dla siebie, dla firmy, dla biznesu on line. W zależności od tego jak zostaniemy na targach potraktowani – tak będziemy reklamować daną firmę i jej produkty. Zarówno jako profesjonaliści, jak i jako detaliści – zwykli konsumenci. Dobrze byłoby, aby tę prostą i starą zasadę wzięli sobie do serca absolutnie wszyscy z branży biznesu ogrodniczego.
  • … że Forum Promotorów Ogrodnictwa to nie to samo co Spotkanie Blogerów Ogrodniczych – jedynie ludzie są ci sami, ale o tym już mówiłam na jednym z livów. Idea spotkania dobra, lifting nazwy dobry, zmiana formuły dobra. Wiem ile pracy w organizację takich spotkań włożyli prekursorzy, czyli Wojtek Wardecki i Łukasz Skop, tyle samo pracy włożyli obecni organizatorzy FPO – Weronika Targiel, Darek Bryś i Cezar Sobczyński – czapki z głów, mości państwo, stres i kupa roboty właściwie bez wynagrodzenia. Może zaprocentuje. A może nie. Wszystko (ale to absolutnie wszystko) będzie zależało od retoryki tych spotkań. Pomysł z Warsztatami jest strzałem w dziesiątkę. Pomysł dialogu bloger – biznes jest mielony kolejny rok i jak na razie z różnym skutkiem (bo różni są blogerzy i różny jest biznes).  Pole komunikacji każdego blogera jest jak pajęczyna – on pisze tekst, czytają go czytelnicy i przekazują dalej swoim znajomym, ci znajomi kolejnym… i tak na przykład wieść o mączce rogowej z Lidla w cenie jeszcze nie promocyjnej osiąga zawrotne czasami zasięgi i to od razu krajowe.
  • … że mimo zmiany nazwy nie uniknęliśmy podziału na MY i ONI – MY, czyli internetowi twórcy z branży ogrodniczej oraz ONI czyli przedstawiciele biznesu – wydawcy, szkółkarze, firmy nasiennicze , centra ogrodnicze, producenci nawozów, narzędzi, galanterii ogrodniczej i całej reszty.
  • … że ogrodowi twórcy internetowi nadal nie są traktowani dość poważnie jak na możliwości jakie posiadają. Dlaczego? Bo ciągle jeszcze nie mają takiej renomy jak pisma branżowe, reklamy radiowe czy telewizyjne. Żeby sprostać wyśrubowanym wymogom jakie Firma stawia przed Twórcą, trzeba być dobrym marketingowcem przede wszystkim i mieć słupki popularności sięgające… wysoko. Zbyt wysoko dla większości z nas. A przecież Twórcy  docierają do klienta detalicznego w taki sam sposób w jaki docierają czasopisma. Ba – mają nad nimi przewagę! Wykorzystują bowiem zarówno słowo pisane i obraz (czyli klasyka) jak i social media, w tym nagrania audio i video. Prawie jak radio i telewizja. Cykliczne programy maja tutaj ogromne możliwości i warto z nich skorzystać – kanał You Tube, livy na Facebooku, Instastory, kursy on line, wyzwania, filmy instruktażowe… BAJKA! Te możliwości skłaniają jednak do poważnej refleksji – trzeba mieć solidne podstawy teoretyczne i praktykę za sobą, aby uczyć innych o ogrodnictwie… Takie kanały komunikacji to ogromne możliwości ale i ogromne ryzyko, że Twórca puści w świat pospolitego gniota i nieprawdę 🙂 Dobrze jest również, aby Firmy brały pod uwagę to, że mnóstwo Twórców oprócz bloga czy innego kanału komunikacji z Klientem ma również własną firmę. Projektową, wykonawczą, sklep internetowy, szkółkę… czyli jest Firmą. I dobrze byłoby aby wówczas rozmawiać z nim jak z firmą. Jak równy z równym. Jak biznes z biznesem – i tutaj dygresja, mała historyjka żeby pokazać Wam jak to działać NIE powinno:

na rynek weszła firma XXX oferująca polski odpowiednik mączki kostnej i innych nawozów baaardzo naturalnych. Wzbudziła zachwyt wśród blogerów, bo towar rodzimy, dobrze się zapowiadający (składy przeczytane, ulotki przepatrzone) – rozmowa z Przedstawicielem firmy w toku. Pan już wie, że ludzie pytają, ba – Blogerzy pytają! I to drugi dzień. Poszłam i ja. Oglądam, zagaduję, pytam, opowiadam czym się zajmujemy,  co robimy i jak pożądany ten towar w ogrodach na piaskach, daję wizytówkę. Zapytuję o materiały, próbki, możliwości testowania… dostaję ulotkę, książeczką i skierowanie do Castoramy, żeby tam  kupić sobie owe złoto Made in Poland… na pożegnanie, zadowolony Przedstawiciel firmy mówi zdanie które wprawiło mnie w lekkie osłupienie: że jak już sobie kupię i posypię pod roślinki na tych moich piaskach kierskich, to on prosi o zareklamowanie jego produktu na moim blogu, recenzję i słowo pochwały. Kurtyna. Pan Przedstawiciel wiedział, że mam firmę i projektuję ogrody, że pracuję w branży, wiedział że mam bloga. Nie padło ani jedno słowo o tym, aby zadzwonić i omówić warunki współpracy – choćby barterowej. Nic. Null. Zero. Ani u mnie, ani u koleżanek. Mogłam oczywiście sama zaproponować kontakt, a nawet sama wyjść z taką propozycją – nie wyszłam jednak. Nie po odesłaniu mnie do Castoramy. Nie mogę wszak uczyć Przedstawiciela handlowego jak rozmawiać o interesach 🙂 

Gardenia to jednak nie tylko stoiska, wystawy, show na żywo – florystyczne, kwiatowe, sadzeniowe, ze szczepienia roślin czy budowania ogrodów pokazowych. To nie tylko warsztaty  czy lans na ściance z gwiazdami telewizji. To nie tylko sobotni szoping i powrót do domu z siatami pod pachami i czasami jeszcze w zębach, bo okazyjnie kwiatka za 5 złotych, kilo cebul liliowych, czosnek niedźwiedzi, ozdobny, zwyczajny… To już jest dla wielu stan umysłu 🙂 Serio serio. Od stycznia czekam z utęsknieniem na Gardenię, bo dla mnie wiosna wówczas się zaczyna i to bez względu na pogodę. Bo mogę spotkać się ze wszystkimi Twórcami i po ludzku napić się z nimi… lemoniady (tak, lemoniady, bo ja zawsze prowadzę :P) Bo mogę wymienić się doświadczeniami i ploteczkami na spokojnej kolacji w Kulce. Bo dla mnie Gardenia to prawdziwe targi zielonej branży. W dosłownym tego słowa znaczeniu.

Tak więc bez względu na wszystko – do zobaczenia za rok. Niech zielona moc będzie z Wami 🙂