O tym jak wysyłam pocztą ŻYCIE, a później rzucam w lustro czekoladą:)

Tytuł przewrotny, post też:) Bo jak to można wysłać życie pocztą??? A można i to jak się okazuje na wiele sposobów:) Pracownia nadal chłodna – czekamy na kominek a ja zapowiedziałam, że póki nie będzie stał i grzał, nie ma mowy, żebym tam pracowała. Jest za zimno na siedzenie. Marzną nogi, ręce, reszta też marznie – prosta droga do choróbska jeszcze większego niż tego co się już przyplątało. W Pracowni mam spokój i szczerze powiem – nie mogę doczekać się już oddania lokum do użytku, niemniej do wykończenia na tip-top droga jeszcze daleka. A na prowizorki nie chcę się zgodzić, bo jak wiadomo te mają później najdłuższy żywot i po co je likwidować skoro są i działają:)

http://nortus.pinger.pl/m/12389543
Pod zdjęciem jest adres z którego fotka pochodzi – polecam zajrzeć, Pomysłowych Dobromirów u nas nie brakuje. Zdjęcia z drabinami są najlepsze – sama wieszałam już firanki stawiając taboret na książkach i opierając stopy na klamkach, ale te wygibasy kilkanaście metrów nad betonem z pominięciem wszelkich zasad BHP zapierają dech w piersiach. I wołają o pomstę do nieba:) 
Mąż ułożył w Pracowni płytki w karo, żeby powiększyć powierzchnię. Myk ten okazał się nic nie wart, kiedy do Pracowni przytargałam tajemniczą skrzynię posagową – kompletną ruinę leżącą w starej szopie kilkanaście lat i fenomenalnie odnowioną przez moją zdolną Połówkę:) Skrzynia okazała się nad wyraz pojemna, przez co zajmuje mnóstwo miejsca. Gigantyczne biurko rodem z Holandii objęło swoimi ramionami lwią część przestrzeni. Po co takie wielkie? Bo moje mapy mają po dwa metry długości:) Gdzieś muszę je rozłożyć. Niewykończona Pracownia stała się małą graciarnia – przygarnęła dwa rowery, wiklinowe kule które schowałam przed mrozem i gigantyczną, powojenną szafę rozebraną na części pierwsze, której Mąż jakoś nie może się pozbyć:) Z sufitu i ścian smętnie zwisają żarówki czekając na stosowną oprawę…
*******
Wśród takich sprzętów leży ŻYCIE. Pokaźna kolekcja nasion, kłączy, cebul i bulw. Zbierane kilka lat i przekładane z miejsca na miejsce wreszcie wszystkie dotarły do celu. Czas je przebrać, posegregować, sprawdzić, w których życie jeszcze jest, a z których już uciekło. Popakowałam też nasionka na wymianę dla ogrodniczek będących w Klubie Pożądanego Nasionka – trochę tego mi wyszło, trochę też dostanę. Na wymianę zaproponowałam tylko świeże nasiona, zebrane w tym sezonie – te starsze nie są pewne, poletkiem doświadczalnym niechaj więc będzie mój własny ogród:) Nasionka w których jest życie zapakowałam w małe kopertki, opisałam i włożyłam w kopertę – pojadą do naszej „skrzynki kontaktowej” i tam zostaną rozdzielone pomiędzy zapisane na nie dziewczyny. Tą sama drogo i do mnie dotrą nasionka kwiatów, które podziwiałam na Waszych blogach. Niesamowicie cieszą mnie takie akcje, kiedy wspólny cel zbiera wokół siebie całe rzesze wspaniałych ludzi.

********
Jakieś trzy lata temu dostałam maila z propozycją pomocy chorym na białaczkę ludziom. Zarejestrowałam się więc w bazie Dawców Komórek Macierzystych Szpiku (DKMS). Po wstępnej kwalifikacji pocztą otrzymałam tajemniczą paczuszkę: był w niej patyczek podobny do tego, jakim czyści się uszy:), kartę rejestracyjną, foliowy pojemniczek – woreczek na ten patyczek i kopertę zwrotną. Patyczkiem pomiziałam się po wewnętrznej części policzków, zapakowałam patyczek do folijki, tą do koperty, dołożyłam wypełnioną kartę i odesłałam.
Wysłałam pocztą nadzieję. Nie wiem dla kogo – dla kogoś, komu życie się zawaliło, kto nagle dowiedział się o chorobie, która pokrzyżowała mu życiowe plany, która pozbawiła go sił, wiary, nadziei…

Pisze o tym po wczorajszej wiadomości, która nie może mi wyjść z pamięci.
Po wielkiej, nierównej walce odeszła Natalia – dziewczyna, której nie znałam osobiście, ale wiele o niej słyszałam. Była cała dla innych, skończyła studia, dostała wymarzoną pracę w Domu Dziecka, zaręczyła się, zaplanowała ślub…i tu film się urywa. Ta krucha istotka wzięła się jednak z Losem za rogi i dzielnie walczyła. Po drodze Los rzucał jej coraz to nowe kłody pod nogi, ale nie dawała mu się, walczyła dalej. Ile jednak sił może być w tak drobnym, wyniszczonym chorobą ciele?…Natalia przegrała. Nagle. Tuż przed świętami…a tysiące ludzi dodawało jej otuchy, trzymało za Nią kciuki, modliło się. Jeżeli chcecie, przeczytacie o historii Natalii, znajdziecie ją w Internecie albo na FB na stronie Drużyny Szpiku. Takich kruchych istot jak ona jest całe mnóstwo – największa pomoc jaką możemy dać to właśnie cząstka siebie, zostanie genetycznym bliźniakiem.
Ostrzegam jednak przed rejestrowaniem się na siłę, wbrew własnej woli, z powodu mody, nacisku koleżanki, albo chęci zdobycia modnego gadżetu, koszulki czy czegoś tam jeszcze…wielu ludzi po telefonie, że są potrzebni, że mogą uratować czyjeś życie –  wycofuje się. Czasami po przejściu dodatkowych badań, w samym dniu przeszczepu…nie wiem dlaczego: ze strachu, z lenistwa, z niewiedzy…
Tak się nie robi. Nie odbiera się nadziei. To już lepiej wpłacić 5 złotych na konto Fundacji, albo nie robić nic.
*********
Ufff zrobiło się smutno i poważnie. Ale kilka osób mnie podczytuje, wierzę więc, że rozpuścicie wici, uświadomicie ludzi, pomożecie innym Nataklom skończyć rozpoczęte życiowe plany…może przed Świętami po poważnym zastanowieniu się czy się nie wycofacie, czy dacie radę, czy się nie wystraszycie jak zadzwoni telefon – zalogujecie się i zarejestrujecie w Bazie Dawców Szpiku. I może pewnego dnia będziecie mieć rodzeństwo – genetycznego Bliźniaka. Tak więc wysyłajcie pocztą życie moi kochani, bo warto:)

Dziś miała do nas wpaść Aleksandra:) Lekko zawiana Pani szarpała mnie za pompon czapki już wczoraj od rana podczas lokalnej wizji – trochę zepsuła mi humor, bo wieczorem chałupa wywiana nieziemsko, wszyscy narzekali  że zimno i patrzyli spode łba – jakbym to ja była winna – ja nie mam na imię Aleksandra:)
Nerwowi się zrobili wszyscy, każdy tęskni za słońcem, za śniegiem… Babcia już chce wręczać prezenty zakupione z zapasem, miesiąc temu, bo niektóre mogą się przydać przed świętami, więc po co czekać do Wigilii:), Syn już żyje Świętami, prezentami, wolnym od nauki (swoją drogą 18 dni laby i za chwilę ferie zimowe – kolejne 14 to chyba przesada:):) i luźnymi spotkaniami towarzyskimi (zaczęły się dziewczyny….:))
Mąż narzeka na kolejki, korki, lampki błyskające i uśmiechniętych wąsatych facetów w czerwonym „straszących” dzieci w każdym markecie – tak jak lubi same święta, tak nie cierpi czasu przedświątecznego – wszystkich tych wariacji z szukaniem prezentów, staniem godzinami po choinkę, po karpia, po mak do makowca, tych wszędobylskich „Jingle Bells” które wyskakują nawet jak się lodówkę otwiera:)
Zagoniłam więc chłopaków do roboty i sprzątania, żeby im głupoty z głowy wywietrzały. Sama utonę w kuchennych zapachach: cynamonie, goździkach, grzybach, kapuście i bakaliach….Nerwowy czas łagodzę…słodyczami:) No masakra, w biodrach mi jednak cudownie nie przybywa, przynajmniej na razie. Po południu kakao z pianką i …orzechy.

Albo czekolada z orzechami. Niestety sama w siebie nią rzucam:)
Chłopaki za nic by się nie podzielili:):):)

A jak już rzucę, to nie ma czego focić:)

*******

Zostało ledwie 10 dni do Świąt:)
Trochę powera Wam przesyłam do potańcowania w kuchni!